piątek, 21 listopada 2014

Była sobie aplikacja na androida - Mobile WiFi. Napisana przez Huawei do obsługi routerów mobilnych. Ponieważ mam takie, więc zainstalowałem ją sobie i czasem uruchamiam, w miarę potrzeby.
Kilka tygodni temu Mobile WiFi zmieniło nazwę na HiLink. WTF? Co wspólnego ma protokół obsługi modemu USB z routerem? Marketoidzi zadziałali? Miałem problemy, żeby ją znaleźć, bo nazwa nie była dla mnie oczywista, ale trudno.
We wtorek byłem na imprezie Antywebu i w jej trakcie zauważyłem, że telefon gaśnie w oczach.
Zużycie baterii wyniosło jakieś 30% na godzinę! Dopiero po dłuższej chwili zobaczyłem dlaczego. Otóż wspomniane HiLink uruchomiło się samo (!) i zaczęło żreć baterię. Moją baterię!
Skończyło się tym, że telefon zgasł i nawet nie mogłem zamówić taksówki ;-(
Huawei. Robicie to źle! Bardzo źle.

niedziela, 16 listopada 2014

Kolejowe wybory

Teza, że wszyscy informatycy rządowi zostali „wysłani na odcinek” Państwowej Komisji Wyborczej zdaje się potwierdzać patrząc na to, co dziś zafundowały swoim pasażerom wcale nie rządowe PKP.

Od północy trwa totalne zamieszanie z systemem internetowej sprzedaży biletów Intercity. Na stronie głównej wisi komunikat, że sklep zamknięty bo nieczynny, i żeby pasażerowie nie zawracali głowy, tylko szli karnie do kasy, odstali swoje w kolejce i zapłacili tyle, ile muszą.

Co prawda od soboty miała ruszyć sprzedaż biletów na słynne Pendolino, w cenach ulgowych. Oczywiście to też nie działa, a złośliwi twierdzą, że nie „też” ale „dlatego”. Że kolejowi informatycy dosypując bilety do systemu rezerwacji coś tam nacisnęli nie tak i cały system poszedł wp…

Specjalni wysłannicy donoszą, że w kasach analogowych wcale nie jest lepiej, a  na dworcach (tam, gdzie cokolwiek słychać) pojawia się komunikat  „Ze względu na brak systemu prosimy o nabywanie biletów bezpośrednio u konduktora bez dodatkowych opłat”.

Zagwozdkę mają teraz pasażerowie, którzy już dawno kupili sobie bilet na dziś, chcieliby go wydrukować i pojechać. Też się nie da. Krótko przed południem na facebookowej stronie (chciałoby się napisać funpejdżu) Intercity zawisła informacja, że tacy nieszczęśnicy mogą śmiało wsiadać do wagonów z dowodem osobistym w  zębach, zajmować miejsca, a konduktorzy przy kontroli biletów dadzą sobie radę. Co prawda, jak to w takich przypadkach bywa, nie wiedzą o tym sami konduktorzy, ale to już jest szczegół. Drugim szczegółem jest to, że informacja ta wisi tylko na Facebooku. Na głównej stronie serwisu biletowego cisza.

Disclaimer:  tak, oczywiście wiem,  że PKP, PKP Intercity i PKP Informatyka to zupełnie oddzielne, niezależne i samorządne firmy.  I wcale nie rządowe :-)
Ale nic mnie to nie obchodzi.

wtorek, 21 października 2014

Ramka Kusznierewicza

Całkowicie znienacka pojawił się dziś w Internetach projekt zoom.me Mateusza Kusznierewicza. Ramka na zdjęcia z podłączeniem do internetu, z możliwością przesłania zdjęć na wskazany adres.
Wielcy polskich Internetów zdissowali pomysł błyskawicznie. „Za te pieniądze można mieć tablet” – mówią jedni.  „Przecież to wszystko jest na smartfonie” – mówią drudzy.

Mam przed oczami swoją teściową, rocznik 1936. Mieszka ponad 200 km od Warszawy. Cała jej rodzina mieszka w Warszawie: syn z synową, córka z zięciem (to ja), trzech wnuczków i jeden prawnuczek. Czasem zadzwonimy. Dwa razy w roku, na święta wielkanocne i Wigilię ściągamy ją do siebie. Kilka lat temu  myślałem o takim rozwiązaniu, żeby każdy z nas, dysponujący smartfonem, mógł jej wysłać zdjęcie. I żeby ona mogła je obejrzeć. W elektronicznej ramce do zdjęć czy na telewizorze, obojętne. Żeby mogła zobaczyć, jak żyją jej wnuki (na tzw. swoim, w końcu wszyscy są pełnoletni), jak rośnie jej prawnuczek. Ale na ówczesny stan  techniki ten problem był nierozwiązywalny.

I podobno teraz można. Tak przynajmniej twierdzi Kusznierewicz. I dlatego, dopóki jego produkt nie pojawi się na rynku, i nie będzie można go sprawdzić, będę hejtował hejterów. Hejterów, którzy oceniają świat według swojego postrzegania. Teściowa nie weźmie do ręki tabletu (sprawdzone), nie odpali poczty w smarfonie.

Nie, bo nie. Bo to nie jest jej świat.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Twórczość urzędowa


Niejednokrotnie moi znajomi (często ze mną na czele ;-) naigrywamy się z nieporadności językowej tzw. blogerów (to ostatnio), stażystów (to w tzw. profesjonalnych portalach medialnych), PR-owców oraz marketoidów.
Jednak zastanawiam się, co jest gorsze: taka nieporadność, która ma szansę zaniknąć wraz z wiekiem (nie dotyczy marketoidów - u nich się pogłębia) czy to, co prezentuje kadra urzędnicza: język quasiprawniczy (z prawem nierzadko niemający nic wspólnego), nowomowę i często totalne niezrozumienie ani tematyki ani potrzeb odbiorców.
Bo jak traktować "poradnik" dla ludu, w którego zajawieniu czytamy "Kierując się potrzebą zwiększenia dostępności informacji dotyczących zasad świadczenia usług telekomunikacyjnych dla użytkowników końcowych, w tym praw i obowiązków abonentów publicznie dostępnych usług telekomunikacyjnych, Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej prezentuje Poradnik dla użytkowników publicznie dostępnych usług telekomunikacyjnych"?  Toż to Towarzysz Wiesław (tak, pamiętam czterogodzinne relacje na żywo ;-) był erudytą w porównaniu z taką epistologią.
Panie i panowie! Zerknijcie sobie na serwisy instytucji rządowych w innych krajach: OFCOM, FCC czy nawet Arcep. Owszem, są tam zakładki dla profesjonalistów, których mimo swojej znajomości języków nie do końca rozumiem, ale główny trzon to właśnie porady dla ludu. Jak zmienić operatora, co zrobić, jak dostałeś zbyt wysoki rachunek czy do kogo złożyć reklamację? Nie używa się tam określeń typu "abonent niebędący stroną Umowy zawartej w formie pisemnej lub elektronicznej" albo "W sytuacji, gdy reklamacja została złożona ustnie do protokołu wówczas osoba, która ją przyjmuje w oddziale firmy jest zobowiązana do potwierdzenia na piśmie faktu jej przyjęcia".
 Nie wiem, kto napisał to "dzieło" składające się w większości skopiowanymi fragmentami ustaw i rozporządzeń. Jeśli to dzieło własne urzędu, wykonywane w ramach obowiązków służbowych, to jeszcze pół biedy, że nie wydano na to dodatkowych pieniędzy. Jednak jeśli to twórczość zewnętrzna, opłacana z pieniędzy podatników, to już gorzej.
Po prostu żal.pl

PS. Uczepiłem się UKE, ale dokładnie to samo znajduje się na nieomal wszystkich stronach rządowych serwisów. Ble ble, ble ble i ble.

środa, 8 maja 2013

Samochodowe M2M


Wielu znajomych kierowców często pyta, jaką kartę SIM użyć do zastosować typowo samochodowych. Mają tu na myśli aplikacje typu Yanosik (oszczędzającą pieniądze na mandatach) czy nawigacjach z informacjami o ruchu drogowym: Automapę i Naviexperta. Od dziś w tych zastosowaniach mamy nowego lidera – Virgin Mobile Polska :-)

Trzy wymienione aplikacje to rzeczywista pomoc dla kierowców. Pierwsza ma charakter social-media: kierowcy za pośrednictwem Yanosika ostrzegają się nawzajem przed niespodziewanymi zdarzeniami w ruchu, jak radary, lotne wideo patrole czy wypadki. Natomiast obie nawigacje to mistrzostwo świata w zakresie planowania drogi w rzeczywistych warunkach ruchu. Na podstawie danych uzyskiwanych automatycznie od swoich użytkowników „wiedzą” o korkach wcześniej, niż sami zdążymy je boleśnie zauważyć i potrafią tak pokierować kierowcę, by korki te ominąć.

Cechą charakterystyczną wszystkich programów (by działały zgodnie z powyższym opisem) jest konieczność stałej łączności „z bazą”. Niemniej nie są to oszałamiające transfery, więc z reguły pakiet rzędu 50-100 MB wystarczy na miesiąc dla osoby jeżdżącej codziennie kilkadziesiąt kilometrów, np. z domu do pracy. Od dziś chyba niekwestionowanym liderem w tego rodzaju transferze może być karta SIM Virgin Mobile. Oferta VMP w tym zakresie wygląda następująco:
- doładowanie 10 zł (ważne rok) daje nam bonus 100 MB ważny 30 dni
- w każdej chwili możemy dokupić dodatkowy pakiet danych: 25 MB (2 zł), 100 MB (5 zł), 200 MB (7 zł), 500 MB (12 zł) oraz 1 GB (19 zł). Każdy pakiet jest ważny przez 30 dni
- jeżeli dokupimy nowy pakiet w okresie ważności poprzedniego, pakiety się sumują, a czas ważności sumy przedłuża się o 30 dni
- po rejestracji karty w Klubie Virgin każde doładowanie daje dodatkowo 50% kwoty bonusu, czyli za każde 10 zł dostajemy 15 zł, do wydania na wszystkie usługi.

I chyba najważniejsza rzecz: zasięg. Virgin Mobile Polska jest operatorem wirtualnym w sieci Play i może korzystać zarówno z sieci Play, jak i Orange. Jednak doświadczenia wskazują, że numery przeniesione z innych sieci mogą również korzystać z nadajników Plusa. Cały czas zapowiadany jest też roaming z siecią T Mobile.

Co robimy? Idziemy do sklepu z kartami SIM i kupujemy dowolny (najtańszy) starter. Wkładamy go do telefonu, uruchamiamy i prosimy sprzedawcę o zarejestrowanie go na nasze dane. Wracamy do domu i na stronie VMP zlecamy przeniesienie świeżo zakupionego numeru. Po 3-4 dniach dostajemy przesyłkę poleconą z dokumentami i kartą SIM, podpisujemy otrzymane kwity, dołączamy kopię dowodu osobistego i wysyłamy z powrotem. Po kolejnych 3-4 dniach numer jest przeniesiony.
Następnie uruchamiamy nową kartę, rejestrujemy się w Klubie Virgin i ładujemy ją kwotą 10 zł. Zapisujemy datę doładowania i w kalendarzu i odliczamy np. 20 dni. W tym czasie używamy karty w naszym urządzeniu samochodowo-nawigacyjnym. Po 20 dniach sprawdzamy, ile transferu zużyliśmy. W zależności od potrzeb możemy kupić większy lub mniejszy pakiet danych. Osobiście poszedłem inną drogą: doładowałem kartę ponownie i kupiłem pakiet 1 GB, a potem, regularnie co 28 dni dokupywałem pakiet 25 MB za 2 złote tylko i wyłącznie w celu przedłużenia ważności zaoszczędzonych pakietów :-)

Jako urządzenie pokładowe można wykorzystać dowolny (byleby działający) smartfon z Androidem. Doświadczenia pokazują, że możliwa jest koegzystencja dwóch programów (yanosika i nawigacji). O baterię możemy się nie obawiać, w końcu w każdym samochodzie musi być jakaś ładowarka ;-)

PS. Tytułowy M2M to popularny w branży telekomunikacyjnej skrót Machine-To-Machine. Oznacza to zastosowania bez udziału człowieka (np. systemy alarmowe czy odczyt stanu liczników). Jednak do zastosowań „samochodowych” ten skrót również pasuje ;-)

wtorek, 26 lutego 2013

Lufa PKS


Dzisiejszy przelot Lufthansą z Zurychu do Warszawy przypomniał mi młodzieńcze lata, gdy PKS był jednym z podstawowych środków transportu po terenie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Kolej żelazna swoją drogą (a właściwie szyną), ale PKS stanowił klasę samą w sobie. Nigdy nie wiadomo było, czy w ogóle zabierze z przystanku, czy na plecach nie będzie się czuć oddechu napranego w trzy dupy pracownika PGR-u, albo czy sąsiadem nie będą trzy kury wiezione właśnie na targ do Grójca.
Dziś przypomniałem sobie, czemu od lat – jak ognia – unikam lokalnych przelotów w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii. Lokalnych albo do krajów ościennych, jak na przykład do Polski. Kilka ostatnich lat uwolniło mnie od tego przekleństwa, dziś natomiast, na własnej skórze, poczułem, czym (nie kim!) jest niemieckojęzyczny biznesmen.
Może zaczniemy od początku. Przez kilka ostatnich lat moje prywatne przeloty to EasyJet, RyanAir czy WizzAir. Tak, low cost w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli zrozumiesz jak to działa, jak kupić tani bilet i nie przepłacić za wszystkie additional services, jesteś wygrany. Możesz mieć za 800 zł od osoby tygodniowe wakacje w Hiszpanii, Grecji czy na Malcie. I jedną z żelaznych zasad low costów (LCA) jest, że każdy pasażer zabiera do kabiny jeden (słownie jeden) kawałek bagażu podręcznego. Żadna damska torebka, zakupy w tzw. duty free shop czy dodatkowa torba z najcenniejszym w Twoim życiu aparatem fotograficznym się nie liczą. Jeden. 1. Koniec.
Gdyby niemieckojęzyczne linie lotnicze przestrzegały własnych regulaminów, nie miałbym teraz o czym pisać. W regulaminie każdej linii jest też mowa o jednej sztuce bagażu podręcznego na łeb. Ale mówić a robić, to różnica. Zresztą z samej definicji języka niemieckiego wynika, że co innego mówisz, co innego słyszysz, a co innego rozumiesz. Z góry przepraszam kilku swoich kolegów zawodowo robiących za germanofilów: wy wiecie, co ja o tym myślę :-P
Niemieckojęzyczny biznesmen rozumuje następująco. Jedna torba z ciuchami. Przecież muszę mieć świeże majtki i skarpetki. Czasami dodatkowo jest torba na garnitur, chociaż często garnitur już jest na niemieckojęzycznym cielsku. Oprócz tego druga torba, cholera wie z czym. Torba na laptopa rozmiarów takich, że jak bym tam zmieścił dwa laptopy, cztery zasilacze, dwa tablety i zapas dyskietek do backupu kompletnego Internetu. No i zakupy. W sklepie wolnocłowym, cokolwiek to w tej chwili znaczy.
I taki niemieckojęzyczny biznesmen ładuje się ze swoimi tobołkami, jak baba spod Grójca na targu, do PKS-u, znaczy do samolotu Luftwaffe z jednym bagażem czyli z 3-5 torbami. I wsadza je do kolejnych luków bagażowych, rozsiewając po drodze swoja niemieckojęzyczną biznesową zajebistość. Bo przecież on jest biznesmen, on ratuje Europę. Przed czym? Nie wiem.
Tak właśnie wyglądał dzisiejszy samolot rejsu LX1352. Przyleciał opóźniony z godzinę, bodajże z Dortmundu, miał malunki Lufthansy i niemiecko-niemieckojęzyczną załogę. Oczywiście po załadowaniu 1/3 self loading cargo luki bagażowe były już w całości wypełnione niemieckojęzycznymi garniturami, laptopami i nie_wiadomo_czym_jeszcze. Niżej podpisany, na swoje szczęście, oddał regulaminową torbę sztuk jeden, o wymiarach i ciężarze bagażu podręcznego jako bagaż rejestrowany, stąd niewielki plecak i płaszcz cudem zmieściły się w luku. Ale…
Jakiś młodzian, gówniarz nawet, ośmielił się głośno wyrazić swoje niezadowolenie.  Że burdel w krainie ‘ordnung muss sein’. Że stewardessa (niemiecko-niemieckojęzyczna) powinna mu pomóc. Jednym słowem, klient bez krawata. Stewardessa poczuła się zaatakowana i, jak to w przedszkolu, pobiegła na skargę do pani. Panią okazał się kapitan bombowca A321. Ten do mikrofonu wygłosił groźby karalne, że jeśli pasażerowie sami nie zrobią porządku z bagażami, to on nigdzie nie poleci. Po czym przeszedł na tył samolotu, gdzie toczyła się cała akcja znieważania członka związków zawodowych, przodownika pracy socjalistycznej, w osobie stewardessy, i rozpoczął osobiste śledztwo.
I już szykowałem komórkę, żeby nagrać kolejny odcinek serialu „Niemcy mnie biją”, ale okazało się, że angielskojęzyczny klient linii Swiss, lecący samolotem Lufthansy, gdzieś już wpieprzył swój bagaż, tylko jest niezadowolony z… powiedzmy „quality of service”. I, niestety, nakręcanie filmu szlag trafił. Kapitan się poddał i postanowił polecieć. Ku zdziwieniu wszystkich do Warszawy.
Kończąc, pragnę jeszcze raz zaprosić wszystkich pracowników DROGICH linii lotniczych do chociaż jednego przelotu TANIMI liniami, żeby zobaczyć, co oznacza magiczne słowo ‘jedna sztuka bagażu podręcznego’.
Moja głośno wypowiedziana uwaga, że nie za bardzo wierzę biznesmenom, którzy nie potrafią zliczyć do jednego, spotkała się z ostracyzmem. Ale mnie to wali. Nie pierwszy raz, nie ostatni. :-P
I, przypominając stare przysłowie: Fly or not, but never by Lufthansa.
Dobranoc się z Państwem ;-)




wtorek, 5 lutego 2013

iTurystyka iPadowa


Niejako przy okazji dyskusji na pewnym forum okazało się, że iTuryści  jeżdżący do USA w sprawie iStorów mogą, całkiem niechcący, wpędzić się w pewne kłopoty.

Współczesna generacja iPadów jest produkowana w dwóch wariantach. Na rynku lokalnym nazywa się one  AT&T (model A1459) i Verizon (model A1460). Wersja pierwsza nie będzie działała w sieci drugiej i odwrotnie. Proste i logiczne.

Niestety zakorzeniona iTradycja w umysłach iWyznawców mówi, że dla europejskich sieci należy kupować modele z AT&T. Owszem, tak było, ale dla iPadów poprzednich generacji. Kupując iPada 4 (lub mini) w wersji AT&T nie skażemy się na niedziałanie urządzenia w Polsce (czy ogólnie w Europie). Nie jest więc aż tak dramatycznie, jak w przypadku iPhone’ów, gdzie zakup wersji CDMA pozwalał na używanie ładniejszej wersji iPoda ;-) Niemniej zakup wersji AT&T zdecydowanie pozbawi nas możliwości korzystania z najbardziej amazingowej opcji nowego sprzętu – z LTE.

iTurysto – pamiętaj! Kupuj tylko model z Verizona. Tym bardziej, że możliwość korzystania z LTE wiąże się obecnie z naprawdę niewielkimi opłatami. Najtańszy abonament w Cyfrowym Polsacie to obecnie 9,90 zł, w Plusie 14,90 zł. Co prawda, za te pieniądze dostaniemy tylko 1 GB transferu, ale za to z jaką prędkością :-)

Rozważania na temat poprzednich wersji iPada są tu.

 PS. Dlaczego Wielki Apple nie potrafi pasm LTE nazwać po imieniu, tego nie wiem. Niemniej zapamiętajcie, że pasmo 1800 MHz używane w Europie ma numerek 3 (trzy).